„Uczciwość i odwaga połączona z gotowością do obrony”. Wspominamy ks. Józefa Kozłowskiego
Mowa na pogrzeb księdza Józefa Kozłowskiego
Otwock, kościół św. Wincentego a Paulo, 16 stycznia 2017.
Długo myślałem, jak należy dzisiaj mówić o zmarłym księdzu Józefie.
Kogo żegnamy? Jak go dziś tytułować? Czy mam prawo powiedzieć, że żegnamy wielkiego Polaka?
To może zabrzmieć trochę pompatycznie, zwłaszcza dla osób, które znały go tylko w ostatnich latach jego życia, jako księdza emeryta, czasem zanadto oryginalnego w poglądach, na pewno bardzo oryginalnego w swoich decyzjach finansowych, czasem może uciążliwego, a w końcu sprawiającego kłopoty zwykłe dla ludzi tracących pamięć.
Ale jak inaczej powiedzieć? Przecież nie był „zwyczajnym człowiekiem”. Czy można powiedzieć, że był „trochę wielki”? Co stanowi dzisiaj o wielkości człowieka?
Urodził się jako syn oficera II Rzeczypospolitej w 1927 roku na Wołyniu. Również dwaj jego wujowie byli oficerami. Odebrał twarde ojcowskie wychowanie, o którym opowiadał wiele anegdot. Uczciwość, odwaga połączona z gotowością do obrony, szacunek dla Polski, dla tradycji, dla katolicyzmu, bezkompromisowość – tych wartości był uczony od dziecka. I, jak myślę, pierwszym powodem, dla którego można go nazwać wielkim człowiekiem, było to, że pozostał wierny tym wartościom przez całe swoje życie.
W czasie drugiej wojny światowej kilka lat spędził w tradycyjnym koledżu prowadzonym przez zakonników w Szkocji. Tradycyjne metody wychowawcze nie różniły się tam wiele od tych z rodzinnego domu. Niejeden raz odebrał karę bicia rózgą, nie tylko za to, że zrobił coś złego. Rózgi otrzymywał też każdy kto za wolno biegł na lekcji gimnastyki, czy też ten kto miał najgorszy wynik ze sprawdzianu. Jakie były efekty takiego wychowania? Na fotografiach z lat 1950-tych wygląda imponująco: jest młodym, bardzo przystojnym mężczyzną. Z dyplomem inżyniera z uczelni londyńskiej może szukać pracy, gdzie chce na świecie i jest atrakcyjną partią dla młodych panien, nie tylko tych pochodzenia polskiego. On jednak chciał zostać księdzem.
Co na to rodzice? Oboje przeżyli wojnę, ojciec cudem uniknął śmierci w Katyniu, teraz radzili sobie dobrze w środowisku polonijnym w Londynie. Oni szukali dla syna żony i nie było mowy, aby ich nie posłuchał. Następny okres życia można by z chrześcijańskiego punktu widzenia nazwać zupełnie zwyczajnym. Jako poszukiwany inżynier zajmujący się konstrukcją samolotów otrzymywał kolejne miejsca zatrudnienia w USA. Modnie ubrana żona, zdrowy syn, domek w ciepłej Kalifornii.
Żona zmarła na chorobę nowotworową w latach 70-tych. Co skłoniło inżyniera Kozłowskiego do porzucenia dobrej pracy? Porzucenia wygodnego domu? Porzucenia podróży lotniczych w czasach, kiedy tylko zamożniejszych było na nie stać? Co skłoniło go do wstąpienia do seminarium dla spóźnionych powołań w Rzymie? Ja osobiście widzę tu drugi powód do tego, co nazywam wielkością. Ilu z nas odważyłoby się na tak radykalny krok?
Cała gromadka rzymskich seminarzystów, w której się znalazł, składała się z takich ludzi jak on. Entuzjastyczni, pełni inicjatywy, często niesforni, z dużym doświadczeniem w pracy zawodowej, również na stanowiskach dyrektorskich. Otrzymał święcenia kapłańskie w roku 1981, o ile wiem z rąk papieża Jana Pawła II. Pozostało wiele fotografii, na których stoi obok Jana Pawła II. Myślał o pracy misjonarza, dlatego po święceniach odbył podróż dookoła świata, żeby zobaczyć pracę misjonarską. Najczęściej wspominał kraje arabskie, Indie, Koreę.
Od tej pory miał już tylko wydawać chrześcijańskie owoce życia.
Niedługo potem został duszpasterzem parafii katolickiej w Emiratach Arabskich. Nie tylko służył posługą duszpasterską polskim i hinduskim robotnikom i inżynierom. Był pełnym energii chrześcijaninem, udzielał najróżniejszych praktycznych rad.
„My z żoną poznaliśmy go na drugim długim przystanku misyjnym, w Norwegii. Tutaj, poza pracą kapłańską w parafii przy bazie NATO, dał się poznać jako organizator zbiórki darów dla Polski i organizowania transportów charytatywnych do Polski. Było tego 149 ciężarówek.
Organizował też, jak pamiętam, bale charytatywne. Był energiczny i miał poczucie humoru. Po wizycie Jana Pawła II w Oslo był inicjatorem założenia Polskiej Szkoły Sobotniej w Oslo. Minęło już 27 lat działania tej szkoły. Ja i moja żona byliśmy tam przez dwa czy trzy lata nauczycielami w grupie przedszkolnej”.
Godny wspomnienia był zapał księdza Józefa do uczenia Polaków przedsiębiorczości w latach przemian gospodarczych po 1989 roku. Napisał wtedy i wydał własnym kosztem książeczkę o podstawach prowadzenia biznesu. Chciał też, aby polscy księża wiedzieli więcej o ekonomii i sprawniej zarządzali majątkiem parafialnym. Pamiętamy, jak przekonywał biskupów polskich, aby wprowadzili w seminariach duchownych naukę podstaw ekonomii.
Po zlikwidowaniu bazy militarnej NATO pod Oslo ksiądz Józef stracił pracę kapelana wojskowego i poprosił o delegację na Ukrainę, gdzie po kilkudziesięciu latach komunizmu mógł wreszcie odrodzić się katolicyzm. Zamieszkał blisko swego miejsca urodzenia, w miejscowości Korec, na przedwojennej granicy Rzeczypospolitej. To, co zastał to zniszczony, kilkusetletni budynek kościoła zmieniony w magazyn chemikaliów i spalony budynek plebanii. Kilka starych kobiet pamiętających zasady naszej wiary i morze ateizmu.
Odwiedziliśmy go tam w 1997 roku, aby podziwiać odrestaurowany jego staraniem kościół z ogromnymi freskami na ścianach. Mieszkaliśmy w odbudowanej plebanii. Byliśmy w redakcji czasopisma katolickiego, które wspomagał, „Wołanie z Wołynia”. Parafia katolicka liczyła wtedy około 50 osób. Ludzie w średnim wieku uczyli się wiary, dzieci były przygotowywane do Pierwszej Komunii Swiętej i Bierzmowania.
Nie trzeba chyba mówić, że kościół i plebania nie zostały odbudowane z datków parafian. Ubóstwo i bezrobocie były tak przygniatające, że ksiądz Józef założył za własne pieniądze małą firmę z tartakiem i produkcją drzwi, żeby kilkanaście osób miało pracę. Tam pracował do emerytury. Stamtąd wrócił na ostatnie lata życia do Polski, do Domu Księży Emerytów w Otwocku.
Wrócę do postawionego na początku pytania. Czy żegnamy wielkiego człowieka? Moim zdaniem tak.
Ilu z nas świeckich, po śmierci żony, wstąpi do seminarium duchownego w obcym kraju? Ilu księży ma odwagę jechać na misje? Misje wśród bogatych parafian w Norwegii i misje wśród ubogich Hindusów czy Ukraińców. Ilu księży czy świeckich, podejmuje się podźwignięcia z ruiny budynku kościoła? Ilu jest dzisiaj takich, którzy zorganizowali kilkadziesiąt transportów charytatywnych, i to bez pomocy telewizji czy radia? Ilu pomaga biednym dając im pracę? Ucząc ich zarabiania pieniędzy?
Czy my mamy w sobie tyle chrześcijańskiej wielkości?
Ksiądz Józef był wielki tym, że nie pozwolił się spętać ograniczeniom małości. Postępował zgodnie ze swoim sumieniem, śmiało. Oddajmy mu dzisiaj ostatni hołd i miejmy nadzieję, że nasze dzieci i wnuki będą takimi Polakami jak on, który tylko niewielką część życia spędził w Polsce.
Autor Wojciech Bolanowski (ur. 1962) i jego żona Monika poznali księdza Józefa w czasie 7-letniego pobytu w Norwegii.
Uczęszczali wtedy z dziećmi na Msze święte w angielskojęzycznej parafii NATO w Eikeli.



