Homilia wygłoszona w uroczystość Objawienia Pańskiego [tekst i audio]
Iść ku Niemu
(Homilia wygłoszona w archikatedrze warszawskiej 06 stycznia 2026 roku)
Siostry i Bracia,
mamy dzisiaj jedno z najstarszych i najważniejszych świąt chrześcijaństwa. Epifania, Objawienie Pańskie, święto Trzech Króli. Jest starsze nawet niż Boże Narodzenie. W czasie świąt Bożego Narodzenia czciliśmy Wcielenie, czyli wędrówkę Boga do człowieka. Dzisiaj rozważamy objawienie, wędrówkę człowieka do Boga. „Radujmy się bracia – mówił św. Augustyn – niech cieszą się i poganie: ten dzień bowiem jest dla nas uświęcony nie przez widzialne słońce, ale przez niewidzialnego Stwórcę”.
Dziękujemy Bogu, że to święto w Polsce znów jest dniem wolnym od pracy, a także, że przyjął się tak piękny sposób jego obchodzenia, który oprócz uczestnictwa w liturgii, zaprasza nas na Orszak Trzech Króli. Piękne jest i to, że stało się tak głównie dzięki ludziom świeckim, którzy wpadli na ten pomysł i którzy go świetnie realizują. Serdecznie im za to dziękuję.
Chciałbym dziś podzielić się z wami trzema myślami, które docierają do mnie, gdy medytuję nad sensem tej uroczystości.
Myśl pierwsza: do Chrystusa mogą przyjść wszyscy, już nie tylko przypadkowi, prości i skromni pasterze, którzy tamtej nocy byli najbliżej Betlejem, ale wszyscy, których to „wszystkich” reprezentują owi Mędrcy z usłyszanej przed chwilą Ewangelii (por. Mt 2,1-12). Bo Chrystus przyszedł i nieustannie przychodzi do wszystkich. Nikogo nie skreśla.
I to jest piękne! To się nazywa: „uniwersalność zbawienia”. „Wielu przyjdzie ze Wschodu i Zachodu, powie Chrystus i zasiądą do stołu w królestwie niebieskim” (Mt 8,11). To samo mówi dzisiaj prorok Izajasz: „rzuć okiem dokoła i zobacz. Ci wszyscy zebrani wokół zdążają do Ciebie. Twoi synowie przychodzą z daleka” (Iz 60,4). Oj, z jakiego czasem daleka, to dobrze wiedzą spowiednicy, nie tylko w Łagiewnikach, albo na Jasnej Górze, ale także ci zasiadający w tutejszych, katedralnych konfesjonałach. A święty Paweł dopowiada do proroka Izajasza pięknie, że „poganie już są współdziedzicami i współczłonkami Ciała, i współuczestnikami obietnicy w Chrystusie Jezusie przez Ewangelię” (Ef 3,6). Zbawienie nie zna granic politycznych ani kulturowych, wszyscy mogą go dostąpić.
Bracia i Siostry,
zapamiętajmy to dobrze, bo to jedna z najradośniejszych prawd naszej wiary: mogę przyjść do Chrystusa, możesz przyjść do Chrystusa i on i ona też mogą przyjść. Każdy może. Bez względu na cokolwiek! Bo Chrystus przyszedł do każdego! Bóg, wiadomymi tylko sobie drogami, uczy Katechizm, może doprowadzić do wiary ludzi, którzy z własnej winy nie znają Ewangelii, a na Kościele spoczywa konieczność i równocześnie święte prawo głoszenia Ewangelii wszystkim ludziom (por. KKK, 848).
„Wyzwoli bowiem biedaka, który Go wzywa (śpiewaliśmy dzisiaj w Psalmie
I ubogiego, co nie ma opieki,
Zmiłuje się nad biednym i ubogim
Nędzarza ocali od śmierci” (Ps 72,12-13).
Myśl druga: Nie wszyscy idą. Wtedy też tak było! Przeczytana przed chwilą Ewangelia (por. Mt 2,1-12), wyraźnie nam to mówi. Nie poszedł król Herod. Owszem, był on zainteresowany Dziecięciem, ale nie dlatego – choć sam tak niby mówi – by oddać Mu pokłon, lecz by Je zgładzić. To człowiek władzy, który w drugim – i w drugim człowieku, i w Bogu – widzi tylko konkurenta, zagrażającego jego panowaniu i jego rządom. Swoich potencjalnych rywali, będzie więc chciał prędzej czy później zlikwidować.
Nie poszli też mieszkańcy Jerozolimy. Ich z kolei zatrzymała zwykła codzienność, szare sprawy, obowiązki, kwestie, troski i trudy, ten najzwyklejszy kierat, który nie pozwolił im ani na chwilę porzucić tego, co pilne, by poszukać tego, co ważne.
I nie poszli kapłani, ludzie religijni, zimni specjaliści od pism i tekstów, wyuczeni, inteligentni, przekonani, że mają monopol na prawdę i że posiadają wszystko, a jednak wewnętrznie ciaśni i bez żywej wiary. Była w nich tylko pusta religijność, przypominająca wielkanocną wydmuszkę. Z zewnątrz atrakcyjna, lecz w środku bez jakiejkolwiek treści. Czcili Boga jedynie wargami, a sercem byli daleko od Niego (por. Mt 15,8). Wargi mieli pobożne, a serce bezbożne.
Bracia i Siostry,
musimy się gdzieś tu teraz odnaleźć. W którejś z tych grup! Skoro są cztery, to znaczy, że każdy z nas – z „nas”, a nie z „was” – do którejś z nich należy. Albo jesteśmy naśladowcami owych pokornych Mędrców, którzy cierpliwie i uporczywie, świadomi swoich słabości i małości wędrują w stronę Boga, chcą z Nim być bardziej i bardziej, głębiej i głębiej, wciąż bliżej. Potrafią oderwać się od dotychczasowych schematów, od dotychczasowego życia, potrafią zostawić, to, co dawne i podążyć za czymś, czego jeszcze nie znają, co wydaje im się tajemnicze i nowe. Zrobią to, co po nich zrobią miliony, począwszy od apostołów, którzy zostawią swe sieci i pójdą do Chrystusa (por. Mt 4,19-20). Wszyscy oni, jak powie Autor Listu do Hebrajczyków ruszą do ziemi nieznanej, nie mając tutaj trwałego miasta, ale szukając tego, które ma przyjść (por. Hbr 13,14).
Ale możemy być też Herodem, który boi się Boga, Jego Słowa i Jego woli, nosi w sobie spaczony i fałszywy obraz Boga. Bóg wydaje mu się być kimś odległym i strasznym, tyranem, zagarniającym najlepsze kąski egzystencji człowieka, zwłaszcza jego wolność. Nakazy Pana nie są wówczas dla nas radością serca i czasem nawet żałujemy, że w ogóle wierzymy, bo bez wiary nasze życie mogłoby być o tyle przyjemniejsze.
A może jesteśmy jerozolimczykami; kimś nieustannie zabieganym i zakręconym wokół swoich pilnych spraw i nie cierpiących zwłoki obowiązków, kimś, kto na poważną relację z Panem Bogiem nie ma ani czasu, ani serca, ani sił. Albo jesteśmy ludźmi tylko religijnymi, może nawet ubranymi w różnokolorowe sutanny, którzy i owszem, zajmują miejsca w kościelnych ławkach, recytują pobożne teksty, ale których życie – gdy tylko zakończy się religijna czynność – staje się prawdziwie pogańskie i bezbożne.
Raz, dwa, trzy, cztery. W której grupie dzisiaj jestem? I co się ze mną stało w ciągu ostatnich lat, albo i minionego roku. Bo może kiedyś ci Mędrcy byli mi bliżsi, może kiedyś i ja mówiłem szczerze: tylko Tyś jest Panem i układałem swoje życie według Jego zasad i Jego woli, a dziś… eh, lepiej nie mówić. A może jest na odwrót. Może kiedyś to byłem daleko, a dziś: sama radość i duma, bo jestem naprawdę blisko Chrystusa, bo sprawia mi radość to, że mogę Go adorować, słuchać Jego głosu. Z dumą składam Mu to, co najlepszego posiadam, więcej: to kim jestem i składam to w radosnym darze, a nie w wymuszonej daninie. Gdzie dziś jestem? Nie uciekajmy od odpowiedzi na to pytanie. Skoro grupy są cztery, to każdy z nas, w którejś z nich się znajduje!
A jeśli, stając w prawdzie, odkryjemy, że nie jest z nami najlepiej, to się nie zniechęcajmy! Przeciwnie: wzajemnie się zachęcajmy! Wyruszmy! Wyruszmy teraz! Dziś wielu z nas przebierze się za królów i pójdzie w barwnych orszakach. To, jak wspomniałem, piękny sposób przeżycia tego święta. Na co dzień jednak nie udawajmy trzech króli, ale bądźmy jak oni. Wyruszmy w fascynującą podróż wewnętrzną, w tę pielgrzymkę wiary. Żyjmy głęboko, a nie powierzchownie, żyjmy z Chrystusem, adorujmy Go więcej, czcijmy Go bardziej, słuchajmy Go uważniej, dajmy się oświecić i przeniknąć Jego światłu. Zamiast złota, kadzidła i mirry, złóżmy Mu w darze nasze uczucia, pragnienia i naszą wolę i powiedzmy Mu szczerze: „Jezu ufam Tobie”, Ty jesteś Panem mojego życia. Wyruszmy tak jak tylu przed nami. Dołączmy do tego niepoliczonego tłumu, o którym powie św. Jan w Apokalipsie, że stoi przed Bogiem i przed Barankiem (por. Ap,7,9), do tej niekończącej się procesji ludzi bożych! Tak, każdego dnia idźmy w orszaku Trzech Króli. Nie przebrani za chrześcijan, ale jako chrześcijanie!
Być może przeżyjemy wówczas to samo doświadczenie, które było udziałem bohaterów słynnego wiersza Tomasza Eliota „Pokłon Trzech Króli”. Dla nich spotkanie z Chrystusem było tak odmieniające, że nie mogli potem znaleźć sobie miejsca w swoim dawnym życiu:
„Wróciliśmy do siebie, do naszych starych Królestw, to fragment tego wiersza,
Ale w tym dawnym obrządku jakoś nam już nieswojo,
Obco wśród tego tłumu zapatrzonego w swe bóstwa”.
Tak, prawdziwe spotkanie z Bogiem sprawia, że człowiek wszędzie i zawsze jest jakby nie u siebie. Nic na ziemi nie jest już w stanie całkowicie go napełnić. Wokół jest nieswojo i obco. To jest to samo doświadczenie, które przeżywał Psalmista, mówiąc: „gdy jestem z Tobą, ziemia mnie nie cieszy…” (Ps 73,25). I to chyba o tym doświadczeniu śpiewamy w popularnej kolędzie:
„Panie, ta gwiazda, co Mędrców wiodła
Do Chrystusowej kołyski, tak śpiewamy w kolędzie,
Niech nas do Twego prowadzi źródła,
Światowe zaćmi połyski.
Do ostatniego życia zaniku
Boskiego światła udziela.
Byśmy tam zaszli po jej promyku,
Do świętych stóp Zbawiciela” .
I wreszcie myśl trzecia: Jesteśmy odpowiedzialni za to, by inni poszli do Chrystusa.
Nieprzypadkowo dzisiejszy dzień jest dedykowany misjonarzom, którzy pracują daleko poza granicami naszej ojczyzny. Pamiętamy o nich w modlitwie, wspieramy ich naszym pieniądzem, za co serdecznie dziękuję. Szczególnie wspominamy dziś misjonarzy z naszej archidiecezji; księży, siostry, braci zakonnych i osoby świeckie. Tylko w minionym roku nowi misjonarze wyjechali do Kazachstanu i Rosji. „Nasi ludzie” są obecni niemal na wszystkich kontynentach.
Ale pamiętamy też i o naszej ojczyźnie i o naszej archidiecezji. Kilka dni temu zapowiedziałem synod archidiecezjalny. Gdy pytają mnie dlaczego, odpowiadam krótko: dlatego, że według statystyk do kościoła uczęszcza w naszej archidiecezji piętnaście procent mieszkańców. To znaczy, że osiemdziesiąt pięć procent tego nie robi. Dlatego! Dlatego, że Warszawa jest już dziś miastem misyjnym. Tu jest nasza misja! A my jesteśmy jednocześnie uczniami Chrystusa i Jego misjonarzami. Jeśli uczeń to i misjonarz. Jeśli nie misjonarz, to i nie uczeń!
Nie ma co się porównywać z innymi miejscami w Polsce i z innymi krajami Europy i mówić, że w porównaniu z nimi to u nas jest jeszcze nie najgorzej. To złudny optymizm. Czy słaby uczeń znajdzie motywacje do nauki, jeśli będzie mówił, że inni w klasie są gorsi od niego? Kiedyś papież Benedykt XVI powiedział, że bardzo niebezpiecznym punktem dla naszej wiary, i chyba w ogóle dla życia, jest ten, gdy sobie powiemy: w gruncie rzeczy nie jest ze mną jeszcze tak źle! Inni żyją gorzej! To wielki błąd! Raczej trzeba mówić: niestety, nie jest ze mną tak dobrze, jak by mogło być.
Niech więc każdy z nas tu obecnych, ja pierwszy, postawi sobie dziś to jedno pytanie: co mogę zrobić, by inni poszli? Ci inni, którzy są obok mnie! Chrystus Pan przed swoim Wniebowstąpieniem powiedział do Apostołów, że mają iść na krańce ziemi (por. Dz 1,8), ale przecież wiadomo, że ziemia jest okrągła i być może tym krańcem ziemi jest ta osoba, która jest właśnie obok mnie: mąż, żona, dzieci, rodzice, sąsiad, współpracownik. Może tam mam iść?! Ale dotyczy to także tych, którzy żyją w tej samej Ojczyźnie. Jakże tu jest pilnie potrzebne nasze wyraźne świadectwo życia opartego na Ewangelii.
„Uwielbią Pana wszystkie ludu ziemi, śpiewaliśmy przed chwilą”! Co mogę zrobić, by tak było, a przynajmniej, by uwielbili Pana ci, co razem ze mną mieszkają na tej ziemi, którą jest moje życie rodzinne, małżeńskie, zawodowe? Moje relacje? Także Ci, którzy razem ze mną mieszkają na tej ziemi, którą jest ta parafia, a w końcu, na tej ziemi którą jest Polska?! Nie uciekajmy przed odpowiedzią na to pytanie.
Oczywiście, najskuteczniejszy sposób takiego świadectwa jest jeden, o którym mówi sam Chrystus w znanych słowach Ewangelii: Wy jesteście światłem świata(…).Tak niech i wasze światło świeci wobec wszystkich. Niech ludzie zobaczą wasze dobre czyny i wielbią waszego Ojca w niebie (por. Mt 5.14.16)!
„Wy jesteście światłem świata”. Bracie i Siostro: bądźmy gwiazdą. Niech ludzie patrząc na nas jak ci trzej, podążają do Chrystusa, aby oddać Mu pokłon i uznać w Nim Pana, Króla swego życia! Naszym życiem wypełnionym Światłością ze Światłości; życiem uczciwym, udanym, a nie udawanym, bez kłamstw i oszust, także bez autokłamst i autooszustw, wskazujmy innym drogę, sami nią podążając!
„Kościół i świat, to słowa papieża Leona XIV, nie potrzebują dziś osób, które wypełniają obowiązki religijne, pokazując swoją wiarę niczym zewnętrzną etykietę. Potrzebują natomiast prawdziwych misjonarzy, którzy wezmą prawdziwą odpowiedzialność za swoją wiarę i za wiarę innych”!
I to są właściwie jedyne moje życzenia, które składam sobie i wam na to wielkie święto. Najserdeczniej pozdrawiam także nasze siostry i braci z Kościoła Prawosławnego z Jego Eminencją, Metropolitą Sawą.
Bracia i Siostry,
niech naszą modlitwą staną się dziś słowa pięknego hymnu brewiarzowego:
„Tobie chwała, narodzony
Dla zbawienia wszystkich ludzi,
Panie Jezu, Synu Matki,
Która z Ducha Cię poczęła.
Tobie dzisiaj oddajemy
Myśli, słowa i uczynki,
Ty przeniknij je swą łaską,
Aby godne były Ciebie.
Twoja gwiazda betlejemska
Stała się już jasnym słońcem
I oświeca drogę życia,
Którą chcemy iść ku Tobie.
Chryste, któryś się objawił
Wielkim mędrcom i pasterzom,
Cześć i wieczne panowanie
Ojcu, Tobie i Duchowi”.
Amen!
+ Adrian J. Galbas SAC



