Abp Galbas przewodniczył Mszy Świętej w kaplicy sejmowej
Roztropność i odwaga
(homilia wygłoszona w Sejmie RP, 18 grudnia 2025 r.)
Siostry i Bracia
Szanowni Parlamentarzyści,
bardzo się cieszę, że znów możemy się spotkać na wspólnej modlitwie na kilka dni przed świętami Bożego Narodzenia. A w usłyszanej przed chwilą Ewangelii (por. Mt 1,18-24) spotykamy się ze św. Józefem, który najpierw jawi się nam jako człowiek bardzo roztropny. Jeśli roztropność to cnota polegająca na umiejętności podejmowania dobrych, rozumnych i przemyślanych decyzji w konkretnych sytuacjach, oznaczająca także zdolność rozważenia możliwych działań, przewidzenia ich skutków oraz wyboru tego, które prowadzi do dobra, to św. Józef posiada ją w pełni.
Kiedy bowiem dowiaduje się, że jego małżonka Maryja jest w stanie błogosławionym, a jednocześnie przecież wie, że to nie on jest ojcem tego dziecka, bo nie podjęli jeszcze z Maryją wspólnego życia, musi być tą informacją prawdziwie przygnieciony. A jednak nie działa natychmiast. Nie podejmuje gwałtownych kroków, nie jest impulsywny. Chce się, mówiąc kolokwialnie, z „tym przespać”. Potrzebuje czasu. Owszem, ma pewne zamierzenie, by oddalić Maryję od siebie i by zrobić to potajemnie, czyli w taki sposób, że Maryja jak najmniej odczuje skutki tej decyzji, ale jeszcze nie działa. Józef nie chciał upublicznić kompromitującego Maryję podejrzenia o cudzołóstwo. Gdy rezygnowano z publicznego procesu, a to oznacza oddalenie potajemne, list rozwodowy spisywano na osobności i przekazywano go w obecności dwóch świadków. Nie wiemy jak długo Józef chodził z tą pierwotnie powziętą myślą, jak długo ją analizował, słuchał, rozeznawał i wciąż nie działał.
Katechizm Kościoła Katolickiego w punkcie 1806 powie, że „roztropność jest cnotą, która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego osiągnięcia.” Katechizm zaraz doda, że roztropność kieruje innymi cnotami, wskazując im zasadę i miarę, że nie należy jej mylić z lękliwą ostrożnością ani z unikaniem ryzyka oraz, że jest nazywana „auriga virtutum” – woźnicą cnót, ponieważ prowadzi i porządkuje działanie człowieka. „Człowiek roztropny, to nadal Katechizm, decyduje o swoim postępowaniu i porządkuje je, kierując się tym sądem. Dzięki tej cnocie bezbłędnie stosujemy zasady moralne do poszczególnych przypadków i przezwyciężamy wątpliwości odnośnie do dobra, które należy czynić, i zła, którego należy unikać” (KKK, 1806).
Jakżeż to pożądana cnota dla każdego, zwłaszcza zaś dla kogoś, kto podejmuje się odpowiedzialnych obowiązków. Chcemy, by uczyli nas roztropni nauczyciele, operowali roztropni chirurdzy, a w samolocie, którym lecimy, by za sterami siedział roztropny pilot.
Społeczeństwo chce mieć także roztropnych polityków, roztropne posłanki i senatorki i takich samych posłów i senatorów.
Roztropny polityk to taki, który myśli, rozważa, analizuje, który chce z każdej sytuacji znaleźć wyjście nie pierwsze, jakie się narzuca, ale wyjście najlepsze. To ktoś, kto nie zrobi wszystkiego dla wyciągniętego w górę kciuka i najmniejszej nawet zwyżki w sondażach.
Także prorok Jeremiasz (por. Jr 23,5-8), zapowiadając przyszłego Mesjasza mówi o nim, że będzie postępował roztropnie. Dzięki takim rządom lud jemu powierzony będzie mieszkał bezpiecznie i w pokoju. „Pokój zakwitnie, kiedy Pan przybędzie”, śpiewaliśmy przed chwilą. Pan, który będzie swoim ludem rządził sprawiedliwie, a ubogimi według prawa” (Ps 72,2).
On „wyzwoli biedaka, który go wzywa i ubogiego, który nie ma opieki. Zmiłuje się nad biednym i ubogim, nędzarza ocali od śmierci” (Ps 72,12n).
Druga cecha św. Józefa, o której mówi dopiero co usłyszana Ewangelia to jego odwaga. Gdy bowiem Józef we śnie został pouczony przez Boga, że Dziecko, które Maryja nosi w swym łonie nie jest poczęte przez niego, ale nie jest też owocem zdrady Maryi, lecz jest „z Ducha Świętego”, Józef, choć przecież tego nie rozumie, z odwagą podejmuje zlecone mu zadanie. Odważnie stawia czoła życiu, odważnie stawia czoła problemom. Rozwiązuje je, a nie wobec nich dezerteruje.
Papież Franciszek w Liście Patris Corde, poświęconym św. Józefowi mówi, że odwaga ujawnia się „szczególnie wtedy, gdy napotykamy na trudności. W obliczu trudności można bowiem zatrzymać się i zejść z pola walki, lub jakoś coś wymyślić. Czasami to właśnie trudności wydobywają z każdego z nas możliwości, o posiadaniu których nawet nie mieliśmy pojęcia(…). Także nasze życie czasem zdaje się być zdane na łaskę silnych, ale Ewangelia mówi nam, że Bóg zawsze potrafi ocalić to, co się liczy, pod warunkiem, że użyjemy tej samej twórczej odwagi, co cieśla z Nazaretu, który potrafi przekształcić problem w szansę, pokładając zawsze ufność w Opatrzności. Jeśli czasami Bóg zdaje się nam nie pomagać, nie oznacza to, że nas opuścił, ale że pokłada w nas ufność i w tym, co możemy zaplanować, wymyślić i znaleźć” (PC,5).
Taka odwaga, „twórcza odwaga”, jak mówi papież Franciszek, to cnota nie mniej potrzebna w Państwa pracy niż roztropność. Odwaga, która oznacza wierne wypełnianie zadań, do których się Państwo zobowiązaliście wobec swoich wyborców. To niezdezerterowanie zwłaszcza w kontakcie z tym, co trudne i niepopularne. To nieszukanie tanich, a czasem nawet zgniłych kompromisów i nie chodzenie na skróty. To wierność Konstytucji. To komfort spojrzenia sobie w twarz i spojrzenia w twarz swoim wyborcom bez zmrużenia oka i bez zbędnych tłumaczeń.
Dziś do sejmowej kaplicy został wprowadzony, pobłogosławiony przez papieża Leona XIV, obraz św. Tomasza Morusa, człowieka podobnie jak św. Józef, roztropnego i odważnego, patrona polityków. On, nie chcąc udzielić poparcia zamiarom króla Henryka VIII, który pragnął przejąć kontrolę nad Kościołem w Anglii, podał się do dymisji z urzędu kanclerza i wycofał z życia publicznego. Nie wziął udziału w ślubie i w koronacji kochanki króla, nie podpisał aktu supremacji i nie złożył przysięgi królowi jako głowie Kościoła w Anglii.
„Gdy król – pisze św. Jan Paweł II – przekonał się, że Tomasz, wierny swemu sumieniu, kategorycznie odrzuca wszelkie kompromisy, w 1534 r. polecił go wtrącić do londyńskiego więzienia Tower, gdzie poddawano go różnorakim naciskom psychicznym. Tomasz Morus nie uległ presji i odmówił złożenia przysięgi, jakiej od niego żądano, gdyż oznaczałoby to akceptację systemu politycznego i kościelnego, który przygotowywał teren dla despotyzmu wolnego od wszelkiej kontroli. W trakcie procesu, jaki mu wytoczono, wygłosił płomienną mowę w obronie swych przekonań na temat nierozerwalności małżeństwa, poszanowania tradycji prawnej inspirowanej wartościami chrześcijańskimi, wolności Kościoła wobec państwa. Skazany przez sąd, został ścięty”. Egzekucję wykonano publicznie 6 lipca 1535 roku na jednym z otaczających Londyn pagórków. Głowę Tomasza wbitą na pal wystawiono na widok publiczny na moście nad Tamizą. Pozostawała tam przez miesiąc, a potem wrzucono ją do morza. Jego córka, Małgorzata, wydobyła ją i pochowała w krypcie kościoła św. Dunstana w Canterbury. Ciało zaginęło, gdyż straż więzienna zakopała je w nieznanym miejscu.
Św. Jan Paweł II przypominał niezwykłą wierność Świętego swojemu sumieniu i szlachetnym ideałom. W czasach po Machiavellim, gdy, jak się wydaje, rozeszły się drogi polityki i moralności, Tomasz Morus przypomina, że „rządzenie jest przede wszystkim praktykowaniem cnoty”. Kierujący się klasycznym ideałem mówią, że ludziom poniewierającym własne sumienie nie powinno się powierzać żadnej odpowiedzialności w państwie. Uczniowie Florentyńczyka zaś twierdzą, że sumienie przeszkadza w polityce, gdyż rzekomo utrudnia osiąganie celów politycznych.
Oczywiście polityka nie sprowadza się do teologii moralnej. W działalności politycznej trzeba uwzględniać konkretne okoliczności i możliwości działania. Trzeba brać pod uwagę rację stanu i odpowiedzialność za przyszłość państwa. Jeśli jednak katolik nie kieruje się w swojej działalności politycznej sumieniem, jeśli traktuje politykę jako dziedzinę pozamoralną, jeśli sumienie uważa za przeszkodzę w pełnieniu swojej misji, to byłoby lepiej, aby taki katolik zrezygnował w ogóle z politycznego zaangażowania. Nie chodzi o to, by katolicy wycofywali się z polityki, ale by się stale nawracali.
Św. Tomasz Morus był w stanie właściwie wypełnić powołanie polityka, ponieważ, jak pisze św. Jan Paweł II, cechował go także „głęboki dystans wobec zaszczytów i bogactw, pokora wsparta pogodnym i żartobliwym usposobieniem, trzeźwe spojrzenie na ludzką naturę i na ulotność sukcesów oraz trafność sądu zakorzenionego w wierze”. Te cechy dawały mu wewnętrzną moc i ufność, tak w przeciwnościach jak i w obliczu śmierci. „Jego świętość zajaśniała pełnym blaskiem w chwili męczeństwa, ale została przygotowana przez całe życie poświęcone pracy w służbie Boga i bliźniego”.
Wiemy, że Tomasz Morus pisał listy z więzienia. Pośród zapisanych węglem tekstów mamy także rozważanie o miłości nieprzyjaciół. Tomasz pisze: „Nie chowaj w sercu złych uczuć, ani nie życz źle nikomu. Bliźni bowiem jest albo dobry, albo zły. Jeśli jest dobry, a nienawidzę go, to ja jestem zły. Jeśli jest zły, to albo poprawi się, umrze pobożnie i pójdzie do nieba, albo pozostanie zły i pójdzie do piekła. Muszę też pamiętać, że jeśli on będzie zbawiony — i jeśli ja również-jak ufam – to będzie mnie kochał serdecznie i ja też będę go tak kochać. Dlaczego więc mam teraz przez ten krótki czas nienawidzić tego, który będzie mnie potem kochał przez całą wieczność? I dlaczego mam być teraz jego wrogiem, gdy w przyszłym życiu będę z nim złączony wieczną przyjaźnią?”.
A gdy w czasie procesu sędziowie pytali Tomasza, czy ma im jeszcze coś do powiedzenia, odparł żartobliwie: „Nie mam, moi Panowie, nic więcej do powiedzenia, jak tylko przypomnieć, że chociaż do najżarliwszych wrogów św. Szczepana należał Szaweł, pilnujący szat kamienujących go oprawców, to jednak obaj są ze sobą w zgodzie w niebie. Mam nadzieję, że i my razem tam się zobaczymy”.
Wiadomość o męczeństwie św. Tomasza szybko rozeszła się po Europie. Cesarz Karol miał powiedzieć: „Gdybyśmy byli panem takiego sługi, którego dokonań przez wiele minionych lat nieraz byliśmy świadkami, wolelibyśmy raczej stracić najlepsze miasto w naszym państwie, niż tak zacnego doradcę”. Proces kanoniczny, z uwagi na kwestie dyplomatyczne, rozpoczął się późno. Do chwały błogosławionych wyniósł go dopiero Leon XIII w 1886 roku. Kanonizacji dokonał Pius XI w 1935 roku. Św. Jan Paweł II, 31 października 2000 r., ogłosił św. Tomasza Morusa patronem mężów stanu i polityków.
Daty te uświadamiają nam istotność w życiu polityka jeszcze jednej cechy, tak bardzo współbrzmiącej z odwagą i roztropnością i tak ważnej w życiu św. Tomasza, czy bł. ks. kard. Stefana Wyszyńskiego. Ta cecha jest longanimitas, czyli długomyślność. W demokracji najczęściej podejmuje się decyzje w krótkiej perspektywie czasowej, zaledwie czterech czy pięciu lat. Odpowiedzialność za państwo domaga się jednak myślenia w kategoriach przynajmniej dziesięcioleci. U Boga zaś jeden dzień jest jak tysiąc lat, a tysiąc lat jak jeden dzień (por. 2 P 3,8). Pozbądźmy się więc krótkowzroczności, która jest wadą wzroku. Myślmy w kategoriach długiego trwania, nade wszystko zaś, pamiętając, że ze wszystkiego zdamy sprawę przed Panem i że od wyniku tego sprawozdania zależeć będzie nasze życie wieczne.
Niech św. Józef i św. Tomasz modlą się za nami, niech modlą się za polskim parlamentem, by zawsze roztropnie i odważnie, a nigdy tchórzliwie i wariacko podejmował decyzje dla dobra Najjaśniejszej Rzeczpospolitej. Amen.
+ Adrian J. Galbas SAC



