Papież do księży: bez bycia miłosiernym nie można być księdzem

Bycie miłosiernym to nie tylko jeden ze sposobów bycia, ale jedyny sposób bycia. Nie ma innej możliwości bycia księdzem – powiedział Franciszek 2 czerwca w rzymskiej bazylice św. Pawła za Murami. Było to jego trzecim rozważanie w czasie rekolekcji dla księży w ramach Jubileuszu Kapłanów w czasie Roku Świętego Miłosierdzia. Papież zachęcił swych słuchaczy, by w konfesjonale nie byli “ciekawi” i nie patrzyli na penitentów jak sędziowie-funkcjonariusze. Zaznaczył również, że ludzie wybaczają księżom wiele wad, z wyjątkiem przywiązania do pieniędzy.

Oto tłumaczenie pełnego tekstu papieskiej refleksji na język polski:

REKOLEKCJE DLA KAPŁANÓW
MEDYTACJA TRZECIA:
DOBRA WOŃ CHRYSTUSA I ŚWIATŁO JEGO MIŁOSIERDZIA

Ufajmy, że Pan udzieli nam tego, o co prosiliśmy w modlitwie: naśladowania przykładu cierpliwości Jezusa, a z cierpliwością przezwyciężenia trudności.

Tematem tego trzeciego rozważania “Dobra woń Chrystusa i światło Jego miłosierdzia”.

W naszym trzecim spotkaniu proponuję wam zastanowienie się nad dziełami miłosierdzia, czy to biorąc jedno z nich, które odczuwamy jako najbardziej związane z naszym charyzmatem, czy też rozważając je wszystkie razem, postrzegając je miłosiernymi oczyma Matki Bożej. Takie postrzeganie sprawia, iż widzimy „brak wina” i zachęca nas, byśmy „czynili wszystko, co powie nam Jezus” (por. J, 1-12), żeby Jego miłosierdzie sprawiało cuda, których potrzebuje powierzony nam lud.

Dzieła miłosierdzia są bardzo związane ze „zmysłami duchowymi”. Modląc się prosimy o łaskę „odczucia i zasmakowania” Ewangelii w taki sposób, który czyni nas wrażliwymi na życie. Poruszeni Duchem Świętym, prowadzeni przez Jezusa, oczyma miłosierdzia możemy dostrzec już z daleka tych, którzy leżą na ziemi na skraju drogi, możemy usłyszeć wołanie Bartymeusza, możemy poczuć tak, jak odczuwa Pan na kraju swego płaszcza, nieśmiałe choć stanowcze dotknięcie kobiety cierpiącej na krwotok, możemy prosić o łaskę zasmakowania wraz z Nim na krzyżu gorzkiego smaku żółci wszystkich ukrzyżowanych, aby w ten sposób poczuć silną woń nędzy – w szpitalach polowych, w pociągach i łodziach pełnych ludzi; ten zapach, którego nie pokrywa olej miłosierdzia, ale namaszczając nim sprawiamy, że budzi się nadzieja.

Katechizm Kościoła Katolickiego, mówiąc o dziełach miłosierdzia, przytacza historię św. Róży z Limy. Kiedy jej matka ganiła ją za przyjmowanie w domu ubogich i kalekich, bez wahania odpowiedziała: „Kiedy służymy ubogim i chorym, służymy Jezusowi” (n. 2449). Ta dobra woń Chrystusa – opieka nad ubogimi – jest charakterystyczna dla Kościoła, była zawsze. Św. Paweł na tym skoncentrował swoje spotkanie z „filarami”, jak ich nazywa – z Piotrem, Jakubem i Janem. Apelowali oni, by „pamiętać o ubogich” (Ga 2,10). Powiedziałem to już kilka razy, że zaraz kiedy zostałem wybrany papieżem, i jeszcze liczono głosy podszedł do mnie jeden z kardynałów, ucałował mnie i powiedział: „Nigdy nie zapominaj o ubogich!”. Było to pierwsze orędzie, jakie skierował do mnie Pan w tej chwili. Katechizm w sposób sugestywny mówi też, że „ci, których przygniata nędza, są przedmiotem szczególnej miłości ze strony Kościoła, który od początku swego istnienia, mimo grzechów wielu swoich członków, nie przestał pracować, by przynieść im ulgę, bronić ich i wyzwalać” (n. 2448). I to bez ideologii, jedynie z mocą Ewangelii.

W Kościele mieliśmy i mamy wiele rzeczy niezbyt dobrych i wiele grzechów, ale w dziedzinie służby ubogim poprzez dzieła miłosierdzia, jako Kościół zawsze szliśmy za natchnieniami Ducha Świętego, a nasi święci czynili to w sposób bardzo twórczy i skuteczny. Umiłowanie ubogich było znakiem, światłem sprawiającym, że ludzie uwielbiają Ojca. Ludzie nam powierzeni cenią księdza troszczącego się o ubogich, chorych, który odpuszcza grzechy grzesznikom, który cierpliwie naucza i koryguje… Nasz lud wybacza księżom wiele wad, za wyjątkiem przywiązania do pieniędzy. I to nie tyle z powodu bogactwa samego w sobie, ile dlatego, że pieniądze sprawiają, iż tracimy bogactwo miłosierdzia. Nasz lud rozpoznaje „na węch”, jakie grzechy są groźne dla pasterza, jakie uśmiercają jego posługę, czyniąc go funkcjonariuszem czy, co gorsza, najemnikiem, a które są nie tyle grzechami drugorzędnymi – nie wiem czy tak można powiedzieć teologicznie – ile grzechami, które można znieść, brać na siebie jako krzyż, aż Pan wreszcie na końcu je oczyści, tak jak uczyni z chwastami. Natomiast to, co jest wymierzone przeciw miłosierdziu jest sprzecznością zasadniczą. Jest to wymierzone w dynamizm zbawienia, przeciw Chrystusowi, który „będąc bogaty, stał się ubogim, aby nas ubóstwem swoim ubogacić” (por. 2 Kor 8,9). Dzieje się tak, ponieważ miłosierdzie troszczy się „tracąc coś z siebie”: kawałek serca pozostaje z osobą zranioną; tracimy trochę czasu naszego życia, w którym chcieliśmy coś zrobić, dając go w darze drugiej osobie, w dziele miłosierdzia.

Stąd nie chodzi o to, aby Bóg okazał mi miłosierdzie w przypadku jakiegoś braku, tak jakbym poza tym był samowystarczalny, czy abym co jakiś czas dokonywał aktu miłosierdzia wobec potrzebującego. W tej modlitwie prosimy o łaskę, abyśmy pozwolili, by Bóg okazał nam miłosierdzie we wszystkich aspektach naszego życia oraz byśmy byli miłosierni wobec innych we wszelkich naszych działaniach. Dla nas kapłanów i biskupów, którzy udzielamy sakramentów, chrzcimy, spowiadamy, celebrujemy Eucharystię…, miłosierdzie jest sposobem przekształcania całego życia ludu Bożego w sakrament. Być miłosiernym to nie tylko jeden ze sposobów bycia, ale jedyny sposób bycia. Nie ma innej możliwości bycia księdzem. „Proboszcz Brochero”, który jeśli Bóg da będzie w tym roku kanonizowany, powiedział: „Kapłan, który nie ma wielkiego współczucia dla grzeszników jest księdzem w połowie. Te błogosławione łachy, które noszę na sobie nie czynią mnie kapłanem; jeśli nie mam w sercu miłosierdzia, nie jestem nawet chrześcijaninem”.

Dostrzeganie tego, czego brakuje, aby natychmiast temu zaradzić, albo jeszcze lepiej przewidzieć, to spojrzenie właściwe ojcu. Tego kapłańskiego spojrzenia – człowieka zajmującego miejsce ojca w łonie Matki Kościoła – prowadzącego nas do postrzegania osób w świetle miłosierdzia, trzeba się uczyć i pielęgnować począwszy od seminarium i to spojrzenie powinno ożywiać wszystkie plany duszpasterskie. Pragniemy i modlimy się do Pana o takie spojrzenie, które nauczyłoby się rozpoznawania znaków czasu w perspektywie „dzieł miłosierdzia, jakie są niezbędne dziś dla naszych ludzi”, aby móc usłyszeć i zasmakować Boga historii, który kroczy pośród nich. Ponieważ, jak mówi Dokument z Aparecidy, cytując św. Alberta Hurtado „w naszych dziełach nasz lud poznaje, że rozumiemy jego cierpienie” (n. 386).

Dowodem takiego zrozumienia naszego ludu jest to, że w naszych dziełach miłosierdzia jesteśmy zawsze pobłogosławieni przez Boga oraz znajdujemy pomoc i współpracę wśród powierzonych nam ludzi. Nie dzieje się tak w przypadku projektów innego typu, które czasami rozwijają się dobrze, a inne nie, zaś niektórzy nie zdają sobie sprawy, z jakiego powodu nie funkcjonują, i łamią sobie głowę, wymyślając nowy, kolejny plan duszpasterski, podczas gdy można by, nie wchodząc w szczegóły, po prostu powiedzieć: to nie działa, ponieważ brakuje w tym miłosierdzia. Jeśli jakiś projekt nie jest pobłogosławiony to dlatego, że brakuje mu miłosierdzia. Brakuje tego miłosierdzia, które jest właściwe raczej szpitalowi polowemu, niż jakiejś luksusowej klinice, tego miłosierdzia, które doceniając coś dobrego, przygotowuje grunt pod przyszłe spotkanie osoby zamiast oddalać ją przez dokładną krytykę…

Proponuję wam modlitwę z kobietą grzeszną, której Jezus odpuścił grzechy (por. J 8,3-11), żeby prosić o łaskę bycia miłosiernymi w spowiedzi, oraz drugą dotyczącą społecznego wymiaru dzieł miłosierdzia.

Zawsze wzrusza mnie podejście Pana do kobiety cudzołożnej, kiedy nie potępiając jej, „uchybił” szacunkowi dla prawa. Gdy żądano od Niego, by się wypowiedział – „trzeba ją ukamienować czy też nie?” – nie zabrał głosu, nie zastosował przepisów prawa. Udawał, że nie rozumie – także w tej dziedzinie Pan jest mistrzem dla każdego z nas – i w tym momencie wyszedł z czymś innym. W ten sposób rozpoczął proces w sercu kobiety, która potrzebowała tych słów: „I Ja ciebie nie potępiam”. Wyciągając do niej rękę podniósł ją, a to pozwoliło jej spotkać się ze spojrzeniem pełnym słodyczy, które zmieniło jej serce. Pan wyciąga rękę do córki Jaira: „dajcie jej coś do jedzenia”. Do nieżyjącego młodzieńca w Nain: „Wstań” i oddał go jego matce. A do tej grzesznicy: „Wstań”. Pan stawia nas właśnie tak, jak Bóg chciał, by był człowiek: stojąco, podniesiony, nigdy nie na ziemi. Czasami odczuwam mieszankę smutku i oburzenia, gdy ktoś stara się wyjaśnić ostatnie zalecenie, „nie grzesz więcej”. Wykorzystuje tę frazę do „obrony” Jezusa oraz po to, by nie utrwalił się fakt, że zostało przekroczone prawo. Myślę, że słowa, których używał Pana stanowią jedno z Jego działaniami. Fakt, że się pochylił i pisał na ziemi dwukrotnie, robiąc przerwę zanim zwrócił się do tych, którzy chcieli ukamienować kobietę oraz zanim zwrócił się do niej samej, mówi nam o czasie, jaki Pan potrzebuje, aby osądzić i przebaczyć. Czas, który odsyła każdego do swojego życia wewnętrznego i sprawia, że ci którzy osądzają, wycofują się.

W rozmowie z kobietą Pan otwiera inne przestrzenie: jedną z nich jest przestrzeń nie potępiania. Ewangelia kładzie nacisk na tę przestrzeń, która pozostała wolna. Umieszcza nas w spojrzeniu Jezusa i mówi nam, że „nie widzi wokół nikogo, tylko kobietę”. A następnie sam Jezus każe kobiecie spojrzeć wokół siebie, pytając: „gdzież są ci, którzy ciebie sklasyfikowali?” (to słowo jest ważne, bo mówi o tym, co tak bardzo odrzucamy, jak fakt, że opatrujemy siebie etykietkami i sporządzamy karykaturę…). Kiedy pozwala już jej dostrzec ową przestrzeń wolną od osądów innych ludzi, mówi, że także i On nie rzuci w nią kamieniem: „I Ja ciebie nie potępiam”. Właśnie w tym samym momencie ukazuje się jej inna wolna przestrzeń: „Idź, a od tej chwili już nie grzesz!”. Przykazanie dawane jest na przyszłość, aby pomóc w kroczeniu naprzód, aby „podążać w miłości”. To właśnie jest delikatność miłosierdzia, które z litością spogląda na przeszłość i dodaje otuchy na przyszłość. Owo „nie grzesz więcej” nie jest czymś oczywistym. Pan wypowiada te słowa „razem z nią”, pomaga jej wyrazić słowami to, co czuje ona sama, owo dobrowolne „nie” dla grzechu, które podobne jest do „tak” wypowiedzianego przez Maryję dla łaski. „Nie” powiedziane jest w odniesieniu do korzenia grzechu każdego z nas. W przypadku kobiety chodziło o grzech społeczny, grzech kogoś, do kogo ludzie przychodzili albo po to, aby z nią przebywać albo, żeby ją ukamienować. NI było innego rodzaju bliskości z tą kobietą. Dlatego Pan nie tylko otworzył jej drogę, ale kazał iść, aby przestała być „przedmiotem” spojrzenia innych, ale by czynnie kształtowała swoje życie. Sądzę, że „nie grzesz” odnosi się nie tylko do aspektu moralnego, ale też do pewnego rodzaju grzechu, który nie pozwala jej realizować swojego życia. Również do paralityka przy sadzawce Betesda Jezus mówi: „nie grzesz” (J 5,14); ale temu człowiekowi, który usprawiedliwiał się smutnymi sprawami, jakie mu się przydarzyły, który miał psychikę ofiary, trochę dokuczył słowami: „aby ci się coś gorszego nie przydarzyło”. Pan wykorzystuje jego sposób myślenia, to, czego się obawia, aby go wyrwać z jego paraliżu. Jak mówimy, strachem wprawia go w ruch. Zatem każdy z nas musi wysłuchać tego „nie grzesz więcej” w sposób intymny, osobisty.

Ten obraz Pana, który wprawia ludzi w ruch jest bardzo stosowny: On jest Bogiem, który wyrusza ze swoim ludem, który pobudza i towarzyszy naszej historii. Zatem przedmiot, ku któremu kieruje się miłosierdzie, jest bardzo konkretny: zwraca się ono ku temu, co sprawia, że kobieta i mężczyzna nie kroczą na swoim miejscu, ze swymi najbliższymi, w swoim własnym tempie, ku celowi, ku któremu Bóg zachęca ich, by poszli. Zasmuca, porusza fakt, że ktoś się zatraca, czy pozostaje w tyle, popełnia błąd z powodu zarozumialstwa, że jak mówimy, nie jest na swoim miejscu; że nie przyjmuje Pana ochotnie, nie jest gotów przyjąć zadań, które Pan chce mu powierzyć; że ktoś nie obcuje pokornie z Panem (por. Mi 6,8), nie postępuje drogą miłości (por. Ef 5,2).

PRZESTRZEŃ KONFESJONAŁU, GDZIE PRAWDA NAS WYZWALA

Teraz przechodzimy do przestrzeni konfesjonału, gdzie prawda nas wyzwala.

Mówiąc zaś o przestrzeni, przejdźmy do konfesjonału. Katechizm Kościoła Katolickiego ukazuje nam konfesjonał jako miejsce, w którym prawda nas wyzwala na spotkanie: „Udzielając sakramentu pokuty, kapłan wypełnia posługę Dobrego Pasterza, który szuka zagubionej owcy; posługę dobrego Samarytanina, który opatruje rany; Ojca, który czeka na syna marnotrawnego i przyjmuje go, gdy powraca; sprawiedliwego Sędziego, który nie ma względu na osobę i którego sąd jest sprawiedliwy, a równocześnie miłosierny. Krótko mówiąc kapłan jest znakiem i narzędziem miłosiernej miłości Boga względem grzesznika” (n. 1465). Przypomina nam także, iż „spowiednik nie jest panem, lecz sługą Bożego przebaczenia. Szafarz tego sakramentu powinien łączyć się z intencją i miłością Chrystusa” (n. 1466).

Znak i narzędzie spotkania. Tym jesteśmy. Skuteczną zachętą do spotkania. Znak oznacza, że powinniśmy przyciągnąć, jak wtedy, gdy ktoś czyni znaki, aby zwrócić uwagę. Znak musi być spójny i jasny, ale przede wszystkim zrozumiały. Są bowiem znaki, które są jasne tylko dla specjalistów. Znakiem i narzędziem. Życie narzędzia rozgrywa się w jego skuteczności, w byciu dostępnym i wpływaniu na rzeczywistość w sposób precyzyjny, stosowny. Jesteśmy narzędziem, jeśli ludzie naprawdę spotykają się z Bogiem miłosiernym. Naszym zadaniem jest sprawienie, aby się spotkali, aby odnaleźli się twarzą w twarz. Co zrobią potem, to już ich sprawa. Jest syn marnotrawny w chlewie i ojciec, który co wieczór wychodzi na taras, by zobaczyć, czy przybywa. Jest zagubiona owca i pasterz, który poszedł, aby jej szukać. Jest człowiek zraniony, porzucony na poboczu i Samarytanin, który ma dobre serce. Jaką jest zatem nasza posługa? Być znakiem i narzędziem, aby oni się spotkali. Musimy mieć jasną świadomość, że nie jesteśmy ani ojcem, ani pasterzem, ani Samarytaninem. Jesteśmy raczej u boku tych trzech, jako grzesznicy. Nasza posługa musi być znakiem i narzędziem tego spotkania. Dlatego stajemy w kontekście tajemnicy Ducha Świętego, który tworzy Kościół, Tym, który sprawia jedność, Tym, który za każdym razem ożywia spotkanie.

Inną właściwością znaku i narzędzia jest – by powiedzieć to w sposób trudny – jest to, że nie odnosi się do siebie samego. Nikt nie zatrzymuje się przed znakiem, kiedy już sprawę zrozumiał; nikt nie zatrzymuje się, by spojrzeć na śrubokręt lub młotek, ale patrzy na obraz, który został dobrze przytwierdzony. Jesteśmy sługami bezużytecznymi. Zatem narzędziami i znakami, które były bardzo przydatne dla dwóch innych, którzy się jednoczą w uścisku, jak ojciec z synem.

Trzecią cechą znaku i narzędzia jest ich dyspozycyjność. Chodzi o to, aby narzędzie było gotowe do użycia, aby znak był widzialny. Istotą znaku i narzędzia jest bycie pośrednikiem. Być może tu leży klucz naszej misji w tym spotkaniu Bożego miłosierdzia z człowiekiem. Zapewne jaśniejsze jest używanie terminu negatywnego. Święty Ignacy mówił o tym, by „nie być przeszkodą”. Dobry pośrednik to osoba, która ułatwia sprawy, a nie stawia przeszkody. W mojej ojczyźnie był wspaniały spowiednik, ks. Cullen, który siadał w konfesjonale i robił dwie rzeczy: naprawiał skórzane piłki dla chłopców grających w piłkę nożną, a druga – czytał wielki słownik chiński. Był tak długo w Chinach, że chciał zachować język chiński. Mówił, że kiedy ludzie widzieli, iż robił rzeczy tak niepotrzebne, jak naprawianie starych piłek i tak odległe, jak czytanie słownika chińskiego, myśleli: „Mogę podejść i porozmawiać trochę z tym księdzem, bo widać, że nie ma nic do roboty”. Był dostępny dla tego, co najistotniejsze. Miał wyznaczone godziny w konfesjonale, ale w nim był. Unikał przeszkód, by nie sprawiać wrażenia osoby bardzo zajętej. I na tym polega problem. Ludzie nie przychodzą, gdy widzą, że duszpasterz jest bardzo zajęty, zawsze zapracowany.

Każdy z nas znał dobrych spowiedników. Musimy uczyć się od naszych dobrych spowiedników, od tych, do których ludzie przychodzą, tych, którzy ich nie straszą i potrafią mówić, aby druga osoba opowiedziała, co się jej stało, jak Jezus z Nikodemem. Ważne jest zrozumienie języka gestów: nie pytać o to co jest oczywiste dla gestów. Jeśli ktoś przychodzi do konfesjonału to dlatego, że jest skruszony, już mamy do czynienia ze skruchą. A jeśli przychodzi, to dlatego, że chce się zmienić. Albo chociaż chce pragnąć, jeśli sytuacja wydaje mu się niemożliwa, by ją zmienić (ad impossibilia nemo tenetur, jak mówi maksyma, nikt nie jest zobowiązany, by czynić to, co niemożliwe). Język gestów. Czytałem życiorys jednego z niedawno ogłoszonych świętych czasów współczesnych, że biedak cierpiał na wojnie. Był żołnierz, który miał zostać rozstrzelany, a on poszedł go wyspowiadać. Było widać, że ten człowiek był trochę libertynem, często bawił się z kobietami … „Czy tego żałujesz?”- „Nie, to było tak piękne, ojcze”. A ten święty nie wiedział, jak z tego wybrnąć. Był na miejscu pluton, który miał go rozstrzelać, a zatem powiedział mu: „powiedz, a może chociaż żałujesz, że nie jesteś skruszony?- „Tak, tego żałuję”. A zatem w porządku. Spowiednik zawsze szuka drogi, a język gestów jest językiem możliwości, aby dotrzeć do celu.

Trzeba uczyć się od dobrych spowiedników, tych którzy są delikatni wobec grzeszników i którym wystarcza pół słowa, aby wszystko zrozumieć, jak Jezus wobec kobiety cierpiącej na krwotok, i właśnie wtedy wychodzi od nich moc przebaczenia. Byłem bardzo zbudowany przez jednego z kardynałów z Kurii, o którym a priori, myślałem, że jest bardzo surowy. Kiedy spowiadał jakiegoś penitenta, chcącego wyznać grzech, którego się wstydził wyznać i zaczynał od jednego czy drugiego słowa natychmiast pojmował o co chodzi i mówił: „Śmiało, zrozumiałem”. Powstrzymywał go, bo zrozumiał. To jest delikatność. Ale ci spowiednicy, którzy stawiają bez końca pytania … Czy potrzebujesz wielu pytań, aby udzielić przebaczenia czy też „kręcisz film”? Ten kardynał mnie bardzo podbudował. Integralność spowiedzi nie jest kwestią matematyczną. Czasami wstyd kryje się bardziej w obliczu liczb niż wobec samego grzechu. Ale do tego konieczne jest wzruszenie wobec sytuacji ludu, która jest czasem mieszaniną spraw, choroby, grzechu i uwarunkowań niemożliwych do pokonania, tak jak Jezus, który wzruszał się widząc ludzi, odczuwał to we wnętrznościach, w trzewiach i dlatego uzdrawiał, lecząc nawet wtedy, jeśli ktoś nie prosił we właściwy sposób, jak ów trędowaty, czy krążył wokół problemu, jak Samarytanka, która była jak czajka: piszczała z jednej strony, ale gniazdo miała z drugiej. Jezus był cierpliwy.

Trzeba uczyć się od spowiedników, którzy wiedzą, jak sprawić, aby penitent odczuwał napomnienie czyniąc mały krok naprzód, jak Jezus, który dawał wystarczającą pokutę i potrafił docenić tych, którzy wrócili podziękować, którzy mogli się jeszcze poprawić. Jezus kazał wziąć paralitykowi łoże, albo kazał się nieco prosić czy to przez niewidomych lub też Syrofenicjankę. Nie obchodziło Go, że potem nie będą się Nim przejmować, jak paralityk z Siloe, albo że mówili o tym, o czym zabraniał im opowiadać, a później był traktowany jak trędowaty i sam nie mógł wchodzić do miejscowości, albo jego wrogowie mieli motywy, żeby go potępiać. Uzdrawiał, przebaczał, dawał ulgę, odpocznienie, pozwalał ludziom oddychać tchnieniem Ducha-Pocieszyciela.

To co teraz powiem, mówiłem już wiele razy. W Buenos Aires znałem brata kapucyna, który jeszcze żyje – nieco młodszego ode mnie – który jest wspaniałym spowiednikiem. Przed konfesjonałem zawsze stała kolejka, wielu ludzi – wszyscy: ludzie prości, zamożni, księża, zakonnice, tak, szereg ludzi, przez cały dzień, by się wyspowiadać. Jest wielkim wybaczającym. Przebacza, ale czasami nachodzą go skrupuły, że zbyt wiele przebaczył. Kiedyś podczas rozmowy powiedział mi: „Czasami mam takie skrupuły”. Zapytałem go: „A co robisz, gdy nachodzą cię te skrupuły?”. „Idę przed tabernakulum, patrzę na Pana, mówiąc: Panie, przebacz mi, dzisiaj wiele przebaczyłem. Ale niech to będzie jasne: to Twoja wina, bo dałeś mi zły przykład!”. Miłosierdzie go udoskonalało poprzez nadmiar miłosierdzia.

Na końcu dwie rady dotyczące tematu spowiedzi. Po pierwsze nigdy nie patrzcie jak funkcjonariusz, człowiek, który widzi tylko „przypadki”, a potem się z nich otrząśnie. Miłosierdzie uwalnia nas od bycia księdzem sędzią-funkcjonariuszem, który osądzając „przypadki”, traci wrażliwość na osoby, na ludzkie twarze. Pamiętam, że kiedy byłem na II roku teologii, poszedłem z moimi kolegami, aby posłuchać egzaminu „audiendas”, który zdawano na III roku teologii, przed święceniami. Poszliśmy, aby się trochę nauczyć. Zawsze się uczyło czegoś nowego. Pamiętam, że raz jednemu z kolegów zadano pytanie dotyczące sprawiedliwości „de iure”, ale bardzo zawiłe, sztuczne … I kolega powiedział skromnie: „Ależ ojcze, tego nie ma w życiu” – „Ale jest w książkach!”. Owa moralność książkowa, bez doświadczenia. Reguła Jezusa brzmi: „tak osądzajmy, jak chcielibyśmy być osądzani”. W tej wewnętrznej mierze, jaką mamy, by osądzać, jeśli jesteśmy traktowani godnie, lub jeśli jesteśmy ignorowani czy źle traktowani, jeśli dopomożono nam, by uklęknąć… jest klucz osądzania innych – zwróćmy uwagę, że Pan ufa tej mierze, będącej tak bardzo subiektywnie personalną. Nie tyle dlatego, że ta miara miałaby być „najlepszą”, ale dlatego, że jest szczera i wychodząc z niej można budować dobrą relację. Po drugie: nie bądźcie w konfesjonale ciekawi. Święta Teresa od Dzieciątka Jezus opowiada, że kiedy jej nowicjuszki zwierzały się jej, bardzo wystrzegała się, by pytać jak sprawy toczyły się dalej. Nie węszyła w ludzkich duszach (por. Dzieje duszy, rozdz. XI). Właściwością miłosierdzia jest okrywanie swoim płaszczem grzechu, aby nie zranić godności. Tak jak dwóch synów Noego, którzy przykryli płaszczem nagość swojego ojca, który się upił (por. Rdz 9,23).

SPOŁECZNY WYMIAR MIŁOSIERDZIA

Teraz powiemy dwa słowa o wymiarze społecznym dzieł miłosierdzia.

Na zakończenie Ćwiczeń duchowych, św. Ignacy przedkłada „Kontemplację [pomocną] do uzyskania miłości”, łączącą to, co zostało przeżyte na modlitwie, z życiem codziennym. Każe się nam zastanowić nad tym, że miłość winno się zakładać więcej na czynach niż na słowach. Takimi dziełami są dzieła miłosierdzia, „które Bóg z góry przygotował, abyśmy je pełnili” (Ef 2,10), dzieła, które Duch podsuwa każdemu dla dobra wspólnego (por. 1 Kor 12,7). Dziękując Panu za wielu dobrodziejstw, otrzymanych z Jego dobroci, prośmy o łaskę, by nieść wszystkim ludziom miłosierdzie, którym nas zbawił.

Proponuję, abyśmy rozważyli niektóre z końcowych fragmentów Ewangelii. Tam, sam Pan ustanawia owo powiązanie między tym, co otrzymaliśmy, a tym co powinniśmy dawać. Możemy odczytać te wnioski w kluczu „dzieł miłosierdzia”, które realizują czas Kościoła, w którym Jezus zmartwychwstały żyje, towarzyszy, posyła i przyciąga naszą wolność, znajdującą w Nim swoją realizację konkretną i odnawianą każdego dnia.

Święty Mateusz mówi nam na zakończenie swej Ewangelii, że Pan posyła apostołów i mówi im: „Uczcie je zachowywać wszystko, co wam przykazałem” (por. 28,20). To „uczenie tych, którzy nie wiedzą” jest samo w sobie jednym z dzieł miłosierdzia. Pomnaża się ono jak światło w innych dziełach: w tych, o których czytamy w 25 rozdziale św. Mateusza, polegających raczej na tak zwanych dziełach co do ciała a także we wszystkich przykazaniach i radach ewangelicznych, „przebaczaniu”, „napomnieniu braterskim”, pocieszaniu smutnych, znoszeniu prześladowań i tak dalej.

Marek kończy posługując się obrazem Pana, który „współdziałał” z apostołami i „potwierdził naukę znakami, które jej towarzyszyły” (por. 16, 20). Te „znaki” mają cechy dzieł miłosierdzia. Marek mówi między innymi o uzdrawianiu chorych i wypędzaniu złych duchów (por. 16,17-18).

Łukasz kontynuuje swoją Ewangelię księgą Dziejów Apostolskich – praxeis – opisując ich sposób postępowania oraz dokonywane dzieła pod przewodnictwem Ducha Świętego.

Jan kończy mówiąc o „wielu innych rzeczach” (21,25) lub „znakach” (20,30) jakie Jezus uczynił. Czyny Pana, Jego dzieła są nie tylko faktami, ale znakami, w których w sposób osobowy i dla każdego wyjątkowy ukazują się Jego miłość i miłosierdzie.

Możemy kontemplować Pana, który posyła nas do tej pracy z obrazem Jezusa miłosiernego, tak jak to zostało objawione Siostrze Faustynie. Na tym obrazie możemy zobaczyć Miłosierdzie jako jedyne światło pochodzące z wnętrza Boga i które, przechodząc przez serce Chrystusa, wychodzi zróżnicowane, z kolorem właściwym dla każdego dzieła miłosierdzia.

Dzieła miłosierdzia są niezliczone, a każde ma własne cechy charakterystyczne, zawiera dzieje każdego oblicza. Nie ograniczają się, ogólnie rzecz biorąc, do siedmiu uczynków miłosierdzia względem ciała i siedmiu względem duszy. A raczej te wyliczone w ten sposób są jak surowce – zaczerpnięte z samego życia – które, kiedy ręce miłosierdzia je dotkają i nadają kształt, przekształcają się, każde z nich, w dzieło wykonywane własnoręcznie. Dzieło, które się pomnaża jak chleb w koszykach, które rozwija się nieproporcjonalnie, jak ziarnko gorczycy. A to dlatego, że miłosierdzie jest owocne i integrujące. Te dwie ważne cechy miłosierdzie jest owocne i integrujące. To prawda, że zazwyczaj myślimy o każdym uczynku miłosierdzia z osobna oraz w powiązaniu z jakimś dziełem: szpitalami dla chorych, stołówkach dla głodnych, schroniskach dla bezdomnych, szkołach dla potrzebujących wykształcenia, konfesjonale i kierownictwie duchowym dla tych, którzy potrzebują porady i przebaczenia… Ale jeśli spojrzymy na nie wszystkie razem, przesłanie brzmi, iż przedmiotem miłosierdzia jest samo życie ludzkie i to w swojej całości. Samo nasze życie, będąc „ciałem”, jest głodne i spragnione, potrzebuje ubrań, mieszkania i wizyt, a także godnego pochówku, coś, czego nikt nie może dać sobie samemu. Nawet człowiek najbogatszy, kiedy umrze stacza się w nędzę i nikt nie ciągnie za swoim orszakiem ciężarówki na przeprowadzkę. Samo nasze życie, jako „duch”, potrzebuje wykształcenia, napomnień i dodania otuchy. Słowo to jest w Biblii bardzo ważne: pomyślmy o Księdze Pocieszenia Izraela u proroka Izajasza. Potrzebujemy porad innych osób, ich przebaczenia, wsparcia i modlitwy. Rodzina jest tym środowiskiem, które praktykuje owe dzieła miłosierdzia w sposób tak odpowiedni i bezinteresowny, że tego się nie zauważa, ale wystarczy, że w rodzinie z małymi dziećmi zabraknie mamy, aby wszystko stoczyło się w nędzę. Nędzą najbardziej absolutną i okrutną jest dziecko na ulicy, bez rodziców, na łasce sępów.

Prosiliśmy o łaskę bycia znakiem i narzędziem. Teraz chodzi o „działanie”, a nie tylko o gesty, podejmowanie dzieł, instytucjonalizację, tworzenie kultury miłosierdzia. Biorąc się do pracy, natychmiast czujemy, że to Duch Święty pobudza i prowadzi te dzieła. Czyni to za pomocą znaków i narzędzi, jakich chce, nawet gdyby czasami nie były one same w sobie najbardziej odpowiednie. Co więcej, wydaje się, że aby dokonywać dzieł miłosierdzia, Duch wybiera raczej narzędzia najuboższe, najskromniejsze i nieznaczące, które same najbardziej potrzebują tego pierwszego promienia Bożego miłosierdzia. Tym są ci, którzy najlepiej dają się ukształtować i przygotować, by dokonać posługi prawdziwie skutecznej i wartościowej. Radość z poczucia się „sługami nieużytecznymi”, których Pan błogosławi owocnością swej łaski, i których On sam osobiście sadza do swego stołu i którym ofiarowuje Eucharystię, jest potwierdzeniem, że pracujemy w Jego dziełach miłosierdzia.

Nasz wierny lud lubi gromadzić się wokół dzieł miłosierdzia. Zarówno na celebracjach – pokutnych i świątecznych – jak i w działaniu solidarnym i formacyjnym. Nasz lud chętnie gromadzi się i daje się prowadzić w sposób, który nie wszyscy uznają i doceniają mimo, że zawodzi wiele innych planów duszpasterskich skoncentrowanych na dynamikach bardziej abstrakcyjnych. Masowa obecność naszych wiernych w sanktuariach i na pielgrzymkach, obecność anonimowa z powodu zbyt wielu twarzy oraz pragnienia, by być widzianymi tylko przez Tego i Tę, którzy patrzą na niego z miłosierdziem, a także ze względu na liczną współpracę, wspierającą swym zaangażowaniem wiele dzieł solidarnościowych, powinna być z naszej strony motywem uwagi, docenienia i promocji. Byłem zaskoczony, jak tutaj we Włoszech te organizacje są tak mocne i gromadzą tak bardzo ludzi,

Jako kapłani prosimy Dobrego Pasterza o dwie łaski: byśmy dali się prowadzić zmysłem wiary naszego wiernego ludu, a także jego „zmysłem biedaka”. Obydwa „zmysły” związane są z „sensus Christi”, z miłością i wiarą, jaką nasz lud żywi dla Jezusa.

Kończymy odmawiając Anima Christi, [Duszo Chrystusowa], piękną modlitwę, by prosić o miłosierdzie Pana, którzy przyszedł w ciele, by okazać nam miłosierdzie przez swoje Ciało i Duszę. Prosimy Go, by okazał nam miłosierdzie wraz ze swym ludem: Jego duszę prosimy „uświęć nas”, Jego Ciało błagamy „zbaw nas”, Jego Krew upraszamy „napój nas”, odejmij nam wszelkie inne pragnienie, które nie pochodziłoby od Ciebie, wodę z Jego boku prosimy „obmyj nas”, Jego mękę błagamy „pokrzep nas”; pociesz swój lud ukrzyżowany Panie: upraszamy Ciebie, w Twoich ranach „ukryj nas”… Nie pozwól Panie, aby Twój lud oddalił się od Ciebie. Niech nic i nikt nie odłączy nas od Twego miłosierdzia, broniącego nas od sideł wroga złośliwego. Tak będziemy mogli opiewać miłosierdzie Pana wraz ze wszystkimi Twoimi świętymi, kiedy każesz nam przyjść do siebie.

[Modlitwa „Duszo Chrystusowa]

Czasami słyszałem komentarze księży mówiących: „Ale ten papież nazbyt nam ubliża, wyrzuca nam”. To prawda jest trochę napomnień, wyrzutów. Ale muszę powiedzieć, że jestem zbudowany przez tak wielu kapłanów, wielu dobrych kapłanów! Przez tych, których znałem, którzy w czasach, gdy nie było sekretarki telefonicznej zasypiali z telefonem na nocnym stoliku, i nikt nie umierał bez sakramentów. Dzwoniono o każdej porze, a oni wstawali i szli. Wspaniali kapłani! Dziękuję Bogu za tę łaskę. Wszyscy jesteśmy grzesznikami, ale można powiedzieć, że istnieje wielu dobrych, świętych kapłanów, którzy pracują w milczeniu i ukryciu. Czasami jest jakiś skandal, ale wiemy, że więcej hałasu czyni spadające drzewo niż rosnący las.

A wczoraj otrzymałem list, zostawiłem go tam, z listami osobistymi. Otworzyłem go, zanim tu przyszedłem i myślę, że Pan podsunął mi tę myśl. Napisał go jeden z włoskich proboszczów, proboszcz na trzech wsiach. Myślę, że dobrze nam zrobi usłyszenie tego świadectwa naszego brata.
Został napisany 29 maja, kilka dni temu.

„Przepraszam, że niepokoję. Korzystam z okazji, że jeden z zaprzyjaźnionych księży udał się do Rzymu z okazji Jubileuszu Kapłanów, aby przekazać, bez żadnych pretensji od zwykłego proboszcza trzech małych parafii w górach, wolałbym nazwać siebie „pastuszkiem” – kilka myśli dotyczących mojej prostej posługi duszpasterskiej, spowodowanych – dziękuję Tobie Ojcze Święty serdecznie, za pewne rzeczy przez Ciebie wypowiedziane, a które codziennie wzywają mnie do nawrócenia. Zdaję sobie sprawę, że nie piszę nic nowego. Z pewnością Wasza Świątobliwość już słyszał o tych sprawach. Odczuwam też potrzebę, by stać się ich rzecznikiem. Uderzyło mnie i porusza mnie ta zachęta, którą wiele razy skierowałeś do nas kapłanów, abyśmy mieli zapach owiec. Jestem w górach i dobrze wiem, co to oznacza. Stajemy się księżmi, by czuć ten zapach, który jest ponadto prawdziwym zapachem owczarni. Byłoby doprawdy pięknie, gdyby codzienny kontakt i stałe odwiedziny naszej owczarni, będące prawdziwym motywem naszego powołania, nie były zastępowane zadaniami administracyjnymi i biurokratycznymi parafii, przedszkola i innymi. Mam szczęście, że mam dobrych i wartościowych ludzi świeckich, którzy śledzą te sprawy od wewnątrz. Ale zawsze jest owo zadanie prawne proboszcza, jako jedynego i wyłącznego przedstawiciela prawnego. Z tego względu musi on w końcu biegać wszędzie, spychając czasem odwiedziny chorych, rodzin, jako ostatnią rzecz, wykonaną raczej szybko i po części. Mówię to o sobie, czasami jest to naprawdę frustrujące, gdy widzę jak w moim kapłańskim życiu jest wiele bieganiny na rzecz aparatu biurokratycznego i administracyjnego,, tę małą trzódkę, jaka została mi powierzona, jakby pozostawiającą ją samą sobie. Uwierz mi, Ojcze Święty, to jest smutne, i wiele razy mam ochotę zapłakać z powodu tego braku. Ktoś stara się zorganizować, ale w końcu to tylko wir codziennych rzeczy. Podobnie również inny aspekt, o którym także przypomniałeś: brak ojcostwa. Powiada się, że dzisiejsze społeczeństwo pozbawione jest ojców i matek. Wydaje mi się, że trzeba też stwierdzić, że czasami i my rezygnujemy z tego ojcostwa duchowego, sprowadzając siebie brutalnie do biurokratów sacrum, ze smutną konsekwencją wówczas poczucia się porzuconymi samym sobie. Jest to trudne ojcostwo, które następnie wpływa nieuchronnie na naszych przełożonych, także ogarniętych zrozumiałymi zadaniami i problemami. Grozi im wówczas przeżywanie wobec nas relacji formalnej, związanej z zarządzaniem wspólnotą, bardziej niż z naszym życiem ludzi, wierzących i kapłanów. Wszystko to – i kończę – nie odbiera jednak radości i pasji bycia kapłanem dla ludzi i z ludźmi. Jeśli czasami, jako pasterz nie mam zapachu owiec, to za każdym razem jestem wzruszony moją owczarnią, która nie straciła zapachu pasterza. Jakże to piękne, Ojcze Święty, kiedy zdajemy sobie sprawę, że owce nie zostawiają nas samych, mają termometr naszego bycia tam, dla nich, a jeśli przez przypadek pasterz schodzi z drogi i się gubi, oni go pochwycą i trzymają za rękę. Nigdy nie przestanę dziękować Panu, bo zawsze nas zbawia przez swoją owczarnię, tę owczarnię, która została nam powierzona, tych ludzi prostych, dobrych, skromnych i pogodnych, owczarnię, która jest prawdziwą łaską pasterza. W sposób poufny wysłałem te proste rozważania, bo jesteś blisko stada, bo potrafisz zrozumieć i możesz nadal nam pomagać i wspierać nas. Modlę się za Waszą Świątobliwość i dziękuję, jak również za to „wytarganie po uszach”, które jest konieczne dla mojej drogi. Pobłogosław mnie Papieżu Franciszku i módl się za mnie i za moje parafie”. Podpis i na końcu ten gest właściwy duszpasterzom: „Przekazuję małą darowiznę. Módl się za moje wspólnoty, w szczególności za niektórych poważnie chorych i za niektóre rodziny w trudnej sytuacji ekonomicznej i nie tylko. Dziękuję!”.

To jest nasz brat. Jest wielu takich, bardzo wielu! Także na pewno tutaj. Wielu. To pokazuje nam drogę. I idźmy do przodu! Nie zatraćmy modlitwy. Módlcie się, jak możecie, a jeśli zaśniecie przed Tabernakulum, to będzie bardzo dobrze. Ale módlcie się. Nie zatraćcie tego. Nie zatraćcie otwarcia się spojrzenie Matki Bożej i postrzegania Jej jako matki. Nie zatraćcie gorliwości, starając się czynić…
Nie zatraćcie bliskości i dostępności dla ludzi, a także, pozwólcie że to powiem, nie zatraćcie poczucia humoru. I idźmy do przodu!

KAI