Homilia wygłoszona podczas Ogólnopolskiej Pielgrzymki Ludzi Pracy na Jasnej Górze [tekst]
Zasiew
(homilia wygłoszona podczas ogólnopolskiej pielgrzymki ludzi pracy, Jasna Góra, 20 września 2025 r.)
Siostry i Bracia,
gdy gromadzimy się w tych dniach na dorocznej pielgrzymce ludzi świata pracy, Kościół czyta nam jedną z najbardziej znanych ewangelicznych przypowieści o losach ziarna rzuconego w ziemię (por. Łk 8,4-15). Ziemia to my, ziarno zaś jest symbolem wszelkich darów, jakie od Boga otrzymujemy. Najpierw daru życia, potem wiary, naszego osobistego powołania, indywidualnych talentów i charyzmatów, zdolności i umiejętności. To także każde natchnienie, jakie przychodzi od Boga, każda łaska, której On na tak wiele sposobów nam udziela. Ziarno więc to jest to wszystko, poprzez co Bóg do nas mówi. Jak przed chwilą powiedział sam Chrystus: „ziarnem jest Słowo Boże”, obficie nam przez Boga ofiarowane. Oczywiście także to Słowo, które zapisane jest w Biblii i które za pośrednictwem Kościoła jest nam zwiastowane. Ziarno jest doskonałe. Nie ma w nim żadnego braku, bo, jak powie św. Jakub, każde dobro jakie otrzymujemy i każdy dar doskonały zstępują z góry, od Ojca świateł (por. Jk 1,17).
Tak więc mamy pierwsze pytanie do pielgrzymkowego rachunku sumienia: jaką dziś jestem glebą? Możliwości, jak słyszeliśmy, są cztery: albo całkowicie na te dary zamkniętą, wystawiającą Boże działanie na działanie złego, gdy pozwalam, by szatan każde ziarno ukradł i zniszczył. I wtedy nie ma żadnego plonu. Życie duchowe się we mnie nie rozwija. Albo jestem ziemią płytką, powierzchowną, niczym ziemia w górach. Owszem, zachwycam się tym, co Bóg mi daje, ale wszystko pozostaje na poziomie emocji i wzruszenia. Nie podejmuję pracy nad sobą, nie pogłębiam swojej wiary. Nic z tego, co Bóg mi daje nie dostaje się do moich decyzji i ostatecznie także i tu wszystko niszczeje. Mogę być także ziemią – i owszem – urodzajną, otwartą na działanie Boga, ale jednocześnie nie zabezpieczającą się przed działaniem innych siewców, którzy zasiewają we mnie kąkol. Chcę – jak mówi popularne polskie przysłowie dać komuś świeczkę, a komuś ogarek, kochać Boga i kochać świat. W tym samym czasie być z Bogiem z i jego wrogiem. I ostatecznie także i tu ziarno się marnuje, ponieważ tamte – nie boże – ziarna padają obficiej i zagłuszają ziarenko życia. I w końcu mogę być ziemią obfitą, urodzajną, kimś, kto najlepiej jak potrafi współpracuje z Bogiem i cieszy się wielkim wzrostem wiary i obfitością łaski. Widzi jak rośnie, widzi plony: razy trzydzieści, razy sześćdziesiąt, razy sto.
No to jak, Bracia i Siostry: raz, dwa, trzy, cztery. Innych opcji nie ma. Gdzie dziś jestem? Która ziemia to ja? I co się ze mną stało, na przykład od ostatniej pielgrzymki? Idę od płycizny do urodzaju, czy odwrotnie? Nie uciekajcie od tego pytania. Ja też od niego nie chcę dziś uciec.
Siostry i Bracia,
gdy jednak słuchamy tej przypowieści podczas naszej pielgrzymki, pomyślmy, że każdy z nas jest nie tylko polem, w które pada ziarno Bożego życia, ale jest także siewcą. Jako ludzie pracy codziennie wychodzimy siać: rolnik na swoje pole, robotnik do fabryki, pielęgniarka do szpitala, nauczyciel do szkoły, matka i ojciec w codzienność domowych obowiązków. Codziennie wrzucamy w ziemię ziarna naszego czasu, umiejętności, kompetencji, kwalifikacji, zdrowia, sił i nadziei.
Czasem ziarno naszego wysiłku pada na drogę i jest wydziobywane. Niszczone, marnowane i psute. Ileż razy nasza praca bywa deptana, niezauważona, czy lekceważona. Ileż razy czujemy się numerem, korpotrybikiem i pionkiem. Czasem ziarno naszego wysiłku pada na skałę. Owszem, kiełkuje szybko, ale brak mu korzeni. Doświadczamy presji, że liczy się tylko „tu i teraz”: szybki wynik, szybki zysk, szybki sukces. Ma być dużo, szybko i już, a jak nie, to koniec. Czasem ziarno pada między ciernie. Dobrze rośnie, ale ciernie je zagłuszają. Tak dzieje się wtedy, gdy praca staje się wyścigiem, gdy chciwość dławi solidarność, gdy troski codzienności odbierają pokój serca.
O tych wszystkich niebezpieczeństwach wciąż mówi Kościół. O tym przeszło czterdzieści lat temu mówił św. Jan Paweł II w Katowicach, w czasie wielkiej homilii, w której przypomniał nam ewangelię pracy. Zmieniło się przez te cztery dekady wiele, bardzo wiele, ale tamte słowa się nie zmieniły, nie zdezaktualizowały i nie przestarzały. Są tak samo istotne dzisiaj, w świecie korporacji, wolnego rynku i mega biznesu, jak ważne były wtedy, w czasach socjalistycznego modelu gospodarki.
„Praca ludzka, mówił wtedy papież, stoi (…) pośrodku całego życia społecznego. Poprzez nią kształtuje się sprawiedliwość i miłość społeczna, jeżeli całą dziedziną pracy rządzi właściwy ład moralny. Jeśli jednak tego ładu brak, na miejsce sprawiedliwości wkrada się krzywda, a na miejsce miłości, nienawiść”. I dalej: „Praca posiada swoją zasadniczą wartość dlatego, że spełniana jest przez człowieka. Na tym opiera się też godność pracy, która powinna być uszanowana bez względu na to, jaką pracę człowiek wykonuje. Ważne jest to, że wykonuje ją człowiek. Wykonując jakąkolwiek pracę, wyciska na niej znamię osoby: obrazu i podobieństwa Boga samego. Ważne jest także to, że człowiek wykonuje pracę dla kogoś, dla drugich”,
Trzeba te słowa Papieża Polaka dziś przypominać. Także te, w których dopominał się o prawa należne ludziom pracy, o wolną od pracy niedzielę, o prawo do zrzeszania się w związkach zawodowych i – jakże to ważne – o to, by człowiek pracy widział sens swojej pracy. To wszystko jest aktualne dziś. Przeszło czterdzieści lat po!
To samo powiedział niedawno papież Leon: „To jest niesprawiedliwe, mówił, że pracownicy, którzy ciężko pracują każdego dnia, często nie mogą godnie utrzymać swoich rodzin, podczas gdy korporacje generują miliardowe zyski”.
Trzeba też dziś przypomnieć i to, co mówi Katechizm Kościoła, że „dostęp do pracy i do zawodu powinien być otwarty, bez niesprawiedliwej dyskryminacji, dla wszystkich, mężczyzn i kobiet, zdrowych i niepełnosprawnych, tubylców i imigrantów. Zależnie od okoliczności społeczeństwo powinno ze swej strony pomóc obywatelom w uzyskaniu pracy i zatrudnienia” (KKK 2433), a także, że władza państwowa, jeśli nie chce narażać człowieka pracy na krzywdy i niesprawiedliwość – ma zagwarantować by człowiek, który „pracuje i wytwarza, mógł korzystać z owoców tej pracy, a więc znajdował bodziec do wykonywania jej skutecznie i uczciwie” (KKK, 2341).
O to tak bardzo upominał się bł. ks. Jerzy Popiełuszko, nasz wielki Patron.
Na szczęście jest też i ziarno, rzucane w dobrą ziemię. Jest praca spełniana z radością, taka, która daje satysfakcję, osobisty rozwój, a także godziwy i wysoki zarobek, daje szczęście, o którym mówi Psalmista w pięknym Psalmie 128: „Szczęśliwy człowiek, który się boi Pana i chodzi Jego drogami. Będziesz spożywał owoc pracy rąk swoich, szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie” (Ps 128,1-2). Mam nadzieję, że dziś większość z was tego doświadcza, a ta pielgrzymka jest dla was przede wszystkim dziękczynieniem.
Siostry i Bracia,
jak powiedziałem, w usłyszanej przed chwilą przypowieści po stronie siewcy i sianego przezeń ziarna nie było żadnej niedoskonałości. Ta była jedynie po stronie ziemi. W pracy, którą wykonuje człowiek nie zawsze tak jest. Niedoskonałości bywają też po stronie nas, zasiewających. O nich też dziś trzeba przypomnieć, za nie przeprosić, a jeśli trzeba z nich się wyspowiadać.
Tak, ma znaczenie nie tylko to, czy pracujemy, ale też i to jak pracujemy; ma znaczenie uczciwość w podejściu do swoich obowiązków, rzetelność i solidność z jaką je wykonujemy, ma znaczenie odpowiedzialność za wykonaną pracę, chęć, by podnosić swoje zawodowe kwalifikacje. Owszem jest wielkim złem, a nawet grzechem wołającym o pomstę do nieba zatrzymywanie sprawiedliwej zapłaty robotnikom, ale czyż grzechem nie jest także niewłaściwe i byle jakie wypełnianie swoich obowiązków, za które otrzymujemy zapłatę?!
Z brakoróbstwa, niechlujstwa, lekceważenia obowiązków trzeba się spowiadać jak z zaniedbań przeciw miłości bliźniego. Wciąż pamiętajmy o słowach św. Pawła, który mówił zdecydowanie: „kto nie chce pracować, niech też nie je! Słyszymy bowiem, że niektórzy wśród was postępują wbrew porządkowi: wcale nie pracują, lecz zajmują się rzeczami niepotrzebnymi. Tym przeto nakazujemy i napominamy ich w Panu Jezusie Chrystusie, aby pracując ze spokojem, własny chleb jedli” (2 Tes, 3,11-12).
Pamiętajmy też i o tym, że, jeśli tylko mamy jakąkolwiek uczciwą i legalną możliwość, by tym, którzy pracy nie mają pomóc ją znaleźć, róbmy to. To też jest wymiar miłości bliźniego i konkretnej służby świadczonej drugiemu. „Szczęśliwy człowiek, który się boi Pana i chodzi Jego drogami, raz jeszcze ten Psalm. Będziesz spożywał owoc pracy rąk swoich, szczęście osiągniesz i dobrze ci będzie” (Ps 128,1-2). Ilu ludzi jest dziś nieszczęśliwych; jest im źle, bo nie mogą spożywać owocu pracy rąk swoich. Ilu jest ludzi młodych, wykształconych, którzy wyjeżdżają z kraju, bo tu nie mogą znaleźć odpowiednio dla swoich kwalifikacji płatnej pracy, ile jest czterdziestoletnich kobiet, którym niedwuznacznie daje się do zrozumienia, że są już stare i nie ma dla nich pracy, ile jest ojców rodzin, którzy są na skraju depresji, albo ten skraj już przekroczyli, bo nie mogą zapewnić utrzymania swojej rodzinie! Ile jest wódy przelanej z rozpaczy, bo ktoś pracę nagle stracił, ile porozwalanych małżeństw i rodzin. Ile tego jest…! Jeśli cokolwiek konkretnego, poza tanimi pociechami, możemy zrobić, żeby pomóc innym znaleźć pracę – to zróbmy.
I umiejmy też po chrześcijańsku, bezinteresownie i dobrze podzielić się owocami swojej pracy z tymi, którzy tych owoców nie mają. Umiejmy wspomóc tych, którzy są biedni (czasami wręcz nędzni) i nieszczęśliwi, z powodu braku środków do życia, także z powodu swoich własnych zaniedbań. Miłość wyraża się w solidarności z każdym człowiekiem. Jeśli Chrystus mówi: „byłem głodny, a daliście mi jeść” (Mt 25,35), to nic już tu nie dodaje. Oznacza to, że On jednoczy się także z tym głodnym, który jest głodny na własne życzenie, z własnej winy, który sam się do tego głodu doprowadził. Ilu jest ludzi, tuż obok nas, którzy zamiast myśleć o tym jak żyć, myślą o tym jak przeżyć! To jest strasznie niesprawiedliwe. Całej biedy na świecie nie zlikwidujemy, to jasne, ale jeśli coś możemy zrobić, w jakiejś małej części – to zróbmy! I dziękuję tym z was, którzy to robią.
„Osoba pracująca, niezależnie od tego, jakie byłoby jej zajęcie, współpracuje z samym Bogiem, staje się poniekąd twórcą otaczającego nas świata, napisał parę lat temu papież Franciszek w Liście o św. Józefie, Patris corde. Kryzys naszych czasów, będący kryzysem gospodarczym, społecznym, kulturowym i duchowym, może stanowić dla wszystkich wezwanie do odkrycia na nowo wartości, znaczenia i konieczności pracy, aby dać początek nowej „normalności”, w której nikt nie byłby wykluczony” (PC,6).
Bracia i Siostry,
chciałbym podnieść jeszcze jedną kwestię, zdaje się dość aktualną. Otóż jak wiemy i jak tego doświadczamy, świat pracy, a raczej człowiek świata pracy przeżywa dziś kolejną wielką rewolucję technologiczną. Jej jak najbardziej aktualnym elementem jest pojawienie się sztucznej inteligencji, co bardzo zmienia reguły gry na rynku pracy.
Wśród pracowników pojawiają się w związku z tym obawy, że nie sprostają nowej konkurencji, co zakończy się utratą przez nich miejsca pracy. Obawy tego typu wyrażane były także w przeszłości za każdym razem, gdy dokonywała się jakaś rewolucyjna zmiana w zakresie narzędzi produkcji, np. gdy wynaleziono maszynę parową. Podejmowano wówczas nawet akcje niszczenia maszyn. Na ogół sytuacja się stabilizowała, na co jednak zawsze potrzeba było czasu, liczonego nie tyle w latach, ile w pokoleniach.
Czy rzeczywiście sztuczna inteligencja wnosi w dziedzinę pracy większą zmianę niż maszyna parowa i automatyka? Czy praca człowieka o średnich kompetencjach będzie w niedalekiej przyszłości już niepotrzebna? Czy człowiek przegra konkurencję z maszyną?
Wydaje się, że najważniejsze jest właściwe postawienie problemu. Sztuczna inteligencja nie jest inteligencją w takim znaczeniu, w jakim używamy tego słowa w stosunku do człowieka. Nie jest także w sensie ścisłym maszyną, ale oprogramowaniem maszyny. Nie ma świadomości, intencji ani samodzielnego myślenia. Nie rozumie świata, nie przejawia emocji. W sensie ścisłym ma „zerową inteligencję”. Potrafi jedynie symulować ludzkie działania, choć w tym udawaniu człowieka w niektórych obszarach osiąga imponujące efekty. Niektórzy badacze sztucznej inteligencji mówią o „inteligencji funkcjonalnej”, to znaczy o zdolności do działania podobnie jak naturalna inteligencja, ale pozbawionej wnętrza. Tam, gdzie chodzi jedynie o „moce przerobowe”, człowiek przegrywa z maszyną, podobnie jak pieszy przegrywa z samochodem na prędkość pokonywania odległości. Mamy tu zatem do czynienia z narzędziem imitującym inteligencję, szybkim, o imponujących mocach przerobowych, ale bez duszy.
Dziś sztuczna inteligencja stanowi znacznie większe wyzwanie dla systemu edukacji niż dla samego rynku pracy. Już to widać. Niektóre kierunki studiów już nie cieszą się takim powodzeniem jak kiedyś, właśnie dlatego, że potencjalni studenci obawiają się, że zawód, którego mieliby się uczyć, wkrótce obumrze. Niektóre zawody już zresztą obumierają.
Sztuczna inteligencja na pewno zastąpi człowieka w niektórych czynnościach i zawodach, nie zastąpi jednak człowiekowi człowieka.
Gdy Bóg postanawia znaleźć dla Adama „odpowiednią dla niego pomoc” (Rdz 2,18), to nie myśli o niej w kategoriach funkcjonalnych. Przecież rośliny i zwierzęta stanowiły już pomoc dla człowieka. Ale nie były „odpowiednią”, czyli równoważną Adamowi. Taką jak on. To, czego im brakowało, to – podobnie jak maszynie – właśnie ludzkiego wnętrza. Ewa wnosi w życie Adama pomoc prawdziwie ludzką. Jest osobą posiadającą wnętrze, tzn. zdolną do wejścia z Adamem w ludzki związek, w ludzką przyjaźń i miłość.
Jeśli i dziś człowiek będzie konkurował z maszyną na polu, które nie wymaga wnętrza, nie wymaga specyficznie ludzkich umiejętności, prawdopodobnie będzie przegrywał. Może być nawet sprowadzony do roli niewolnika maszyny. Aby więc człowiek wygrał konkurencję z maszyną, wykształcenie, jakie otrzymuje w szkole i na uniwersytecie nie może ograniczać się jedynie do przekazywania maszynowych umiejętności. Wymaga to przestawienia całego systemu edukacji. Powinien on ostatecznie służyć rozwijaniu tego, co najbardziej ludzkie, powinien służyć rozwijaniu wnętrza osoby i jej zdolności do wnoszenia w relacje społeczne osobowego wymiaru.
Jako osoby będziemy zawsze niezastępowalni, niezależnie od tego, jak będzie zorganizowany rynek pracy. Jeślibyśmy zaś chcieli być jedynie umiejętni i kompetentni, ale pozbawieni wnętrza, będziemy w przyszłości służyć sztucznej inteligencji, zamiast jej używać. Na to przestawienie systemu edukacji mamy jeszcze trochę czasu, ale już nie za wiele.
I to chyba tyle, Bracia i Siostry, czym chciałem się z wami dziś podzielić.
Powierzajmy się opiece Maryi. Ona jest żyzną glebą, w którą zostało wrzucone najpiękniejsze z ziaren, Chrystus. To o Nim św. Paweł powiedział przed chwilą, że jest jedynym Władcą, Królem królujących i Panem panujących, jedynym, mającym nieśmiertelność. Jemu cześć i moc wiekuista. Amen (por. 1 Tm 6,13-16).
+ Adrian J. Galbas SAC



